czwartek, 8 czerwca 2017

10 faktów o mnie

Frydzia wytypowała mnie do zabawy blogowej, a ja napisałam notkę parę dni temu w ramach nieuczenia sie na zaliczenia i chodziłam wielce szczęśliwa, dopóki nie zajrzałam przypadkiem na bloga i nie uświadomiłam sobie, że jej nie opublikowałam. No cóż. W każdym razie, przedstawiam dziesięć faktów o mnie :3

I Bardzo lubię wszelkie ankiety, zabawy blogowe polegające na odpowiadaniu na pytania i tym podobne. Tak, ankiety, w których trzeba zaznaczyć poziom swojego zaufania względem producenta serka, też.

II To, że w tej chwili jestem w stanie bez problemu czytać i nawet jako tako pisać w lengłydżu, jest w głównej mierze zasługą sleszowych ficzków do Nędzników. Konkretniej faktu, że po przeczytaniu wszystkiego, co było dostępne po polsku, desperacja i ostra faza przeważyła nad lenistwem i poszłam odkrywać anglojęzyczne dobro na AO3. Rezultatem po paru miesiącach był tak piękny skokowy postęp w swobodnym posługiwaniu się językiem, jakiego bym sobie w życiu nie wymarzyła. Głównym powodem, dla którego przy wyborze języka do nauki od przyszłego semestru zamiast pójść na łatwiznę z angielskim zdecydowałam się na rosyjski, jest nadzieja, że może jak trochę się podciągnę to analogiczna rzecz mi się zdarzy z ruskimi ficzkami do LoGH-a i wtedy będę je mogła czytać z szybkością większą niż akapicik na pięć minut i nie musząc się domyślać, o co chodzi, z bardzo ogólnego kontekstu. A ruskich ficzków do LoGH-a jest tyledużo <3
...No dobra, jest też taka na przykład kwestia, że rosyjski to dla mnie chyba najładniejszy brzmieniowo język i że ogromna większość ludziów wybiera angielski, więc jeszcze bym została jedną z tych nieszczęśników dopisanych do niemieckiego dla wyrównania grup, ale głownie się rozchodzi o ruficzki.

III Studiuję informatykę dlatego, że za cholerę nie miałam pojęcia, co chciałabym studiować, i wybrałam ten kierunek pasujący do zdawanych na maturce rozszerzeń, który mnie najmniej odrzucał. Trzy lata wcześniej za cholerę nie miałam pojęcia, do jakiej klasy chcę iść, i w końcu wybrałam mat-fiz-inf, bo z oferowanych profili tylko ten nie zawierał żadnego przedmiotu, którego nie lubiłam. Teraz w dalszym ciągu nie mam bladego pojęcia, co właściwie chciałabym w życiu robić, i mam jakieś takie przeczucie, że nawet jak już będę tym inżynierem niewiele się w tym temacie zmieni.

IV Lekarze to zUo. Nienawidzę wystąpień publicznych, ale w przypadku takiej prezentacji przed grupą czy egzaminu ustnego mogę z powodzeniem stosować podejście "pomyślę o tym jutro" i jakośtobędzizm, tak że faktycznie przejmować się zaczynam dopiero przed samym faktem. Ale króciutka, obiektywnie zupełnie nie straszna wizyta u lekarza tylko po receptę, której wypisywanie nie zajmie pięciu minut? Stres, zamartwianie się i ucisk w żołądku na tydzień przed. Gorsza jest tylko perspektywa pobytu w szpitalu, na samą myśl o której zaczynam się czuć chora.
Za to z jakiegoś powodu jedynymi lekarzami, których się nie boję wcale, są dentyści.

V Uwielbiam chodzić. Najchętniej wszędzie latałabym pieszo, no, ewentualnie, jeśli leje/pieszo do celu miałabym ponad godzinę/musiałabym wstawać wściekle rano, żeby zdążyć, autobusem. Nie lubię samochodów, jeszcze nie byłam w żadnym, który by nie śmierdział jakąś odmianą tego takiego paskudnego samochodowego zapachu.
Przy chodzeniu najlepiej mi się myśli, dlatego robię to też w domu, aż dziwne, że jeszcze nie mam wydeptanej ścieżki przez środek pokoju. Przez dłuższy czas miotanie się z jednego końca pokoju na drugi miało jeszcze tę przewagę, że mogłam to robić przy muzyce; ale odkąd z pół roku temu znalazłam na samym wierzchu szuflady słuchawki do telefonu, które od lat miały status tajemniczo i bezpowrotnie zaginionych w akcji, spacerki po mieście są jeszcze fajniejsze.

VI Jak już o telefonie mowa, od sześciu lat mam jeden i ten sam, w ogóle drugi w życiu, model Nokia C3-00, o, taki:


tyle że odrobinę bardziej sponiewierany. Telefonik ma na imię Jason (jeśli chcecie wiedzieć, nazwałam też inne swoje urządzenia elektroniczne - lapek, z którego to piszę, nazywa się Paul, a czytnik ebooków Yang). W sumie od czasu do czasu stwierdzam, że niewczytywanie przez niego wszystkich odrobinę bardziej pamięciożernych stron internetowych, dziwne kaprysy karty pamięci i brak możliwości korzystania z większości obecnych apek troszku go dyskryminują jako maszynkę służącą głównie do przetrwania podczas rodzinnych spędów, wykładów i inszych ekstremalnie nudnych i/lub usypiających sytuacji. Ale raz, że sama myśl o konieczności w razie zmiany telefonu przerzucenia tego wszystkiego, co na nim mam, skutecznie mnie zniechęca, dwa, jakoś nie potrafię patrzeć na smartfony jak na normalne komórki, ciągle mi się wydają takimi cholernie drogimi, cholernie kruchymi zabaweczkami, nie wyobrażam sobie, że miałabym taką trzymać w tylnej kieszeni spodni i na niej siadać, nosić w zębach w razie zajętych rąk czy niezliczone ilości razy przypadkiem zrzucać na twardą podłogę. Tak że przynajmniej póki co pozostaję hipstersko przy klawiaturce.

VII Zupełnie nie ciągną mnie komiksy zachodnie, chyba przede wszystkim dlatego, że miałam pecha widywać same takie, których strona graficzna mnie odrzucała na kilometr. Wyjątkami są pewne komiksy (teoretycznie) dla dzieci. Po pierwsze Asteriksy, chociaż mam zaledwie kilka albumików i te późniejsze to już nie to. Po drugie disneyowskie komiksy o Kaczorze Donaldzie, przy czym raczej europejskie z Gigantów i spółki, niż te amerykańskie z gazetki, ale przede wszystkim twórczość Dona Rosy, zwłaszcza jego magnum opus Życie i czasy Sknerusa McKwacza razem ze stanowiącym epilog Listem z domu. Waliłabym tymi komiksami po łbie każdego, kto twierdzi, że wszystkie historie o kaczkach to takie głupiutkie dziecinne komedyjki.
Po trzecie, W.I.T.C.H. Kreskówka to było jedno wielkie wtf z bohaterkami przerobionymi na chodzące durne schematy, ale komiksy to fandom, w którym siedzę chyba najdłużej i najwięcej skończonych ficzków popełniłam właśnie do niego. Oczywiście pomijając fakt, że fandom tego komiksu jest tak duży, że w zasadzie nieistniejący. Tutaj też po pewnym czasie wszystko się zaczęło psuć, zresztą od samego początku serii było niekoniecznie po drodze z logiką i spójnością, ale pierwsze pięć arców jest fajnych, a ostatni zawiera jeden z moich ulubionych wątków romantycznych evah.


VIII Od zawsze lubiłam rysować drzewka genealogiczne wymyślonych rodzin, z datami urodzin, śmierci i ślubów oraz wypisanymi gdzieś obok kolorami oczu i włosów poszczególnych osób. Z czasem udoskonaliłam pomysł i zamiast randomowych rodzin zaczęłam rozpisywać genealogie swoich Marysójek pożenionych z obiektami fangirlu z danego fandomu, potem ich dzieci i tak dalej. Do tego oczywiście dochodzą historie tych wszystkich postaci, nigdzie nie spisywane, ale wychodzi na to, że pamiętam je całkiem nieźle nawet znalazłszy jakieś stare drzewka sprzed lat. Takie to w sumie dość telenowelowate guilty pleasure, ale jakoś nie widzę, żebym przestała się w nie bawić w najbliższej przyszłości ^^

IX Najprostszą metodą, żeby zachęcić mnie do kupna mangi/książki/łotewa, jest umieszczenie jej akcji w czasie Rewolucji Francuskiej. To zdecydowanie moja ulubiona epoka historyczna, no, może jeszcze razem z kilkudziesięcioma laty następującymi po niej, tak do końca monarchii lipcowej w 1848, ale rewolucja najbardziej. Teraz sporo pozapominałam, ale tak w wieku dziewięciu do trzynastu lat potrafiłam sypać dziennymi datami najważniejszych wydarzeń. O tym, że kupię Różę Wersalu, jeśli u nas wydadzą, wiedziałam na długo przed zainteresowaniem się mangoanimcami. Chociaż akurat Maria Antonina nie interesowała mnie nigdy, najwyżej w więzieniu i na szafocie.

X Nie ma dnia bez kubka herbaty. No, kilku, kilkunastu kubków. Lubię w zasadzie wszystkie rodzaje herbaty poza zwykłą czarną, co prawda owocowe to dla mnie raczej jak kompot i je jako jedyne słodzę, chyba że mowa o takich autentycznych, nieworeczkowanych, parzonych z listków, kwiatków i innych zasuszonych cusiów, przy których faktycznie czuć, że ma się do czynienia z herbatą. Ale takie różne rodzaje to głównie jak ktoś podaruje albo w gościnie, a tak na co dzień głównie pijam Earl Greya.

Z typowaniem ludzi do wszelakich zabaw zawsze miałam pewne problemy, całe szczęście tutaj nie ma chyba wyznaczonej konkretnej ich liczby, więc też nominuję jedną osobę - Pustego Kwadracika, oczywiście jeśli ma ochotę się w to bawić :3