czwartek, 8 czerwca 2017

10 faktów o mnie

Frydzia wytypowała mnie do zabawy blogowej, a ja napisałam notkę parę dni temu w ramach nieuczenia sie na zaliczenia i chodziłam wielce szczęśliwa, dopóki nie zajrzałam przypadkiem na bloga i nie uświadomiłam sobie, że jej nie opublikowałam. No cóż. W każdym razie, przedstawiam dziesięć faktów o mnie :3

I Bardzo lubię wszelkie ankiety, zabawy blogowe polegające na odpowiadaniu na pytania i tym podobne. Tak, ankiety, w których trzeba zaznaczyć poziom swojego zaufania względem producenta serka, też.

II To, że w tej chwili jestem w stanie bez problemu czytać i nawet jako tako pisać w lengłydżu, jest w głównej mierze zasługą sleszowych ficzków do Nędzników. Konkretniej faktu, że po przeczytaniu wszystkiego, co było dostępne po polsku, desperacja i ostra faza przeważyła nad lenistwem i poszłam odkrywać anglojęzyczne dobro na AO3. Rezultatem po paru miesiącach był tak piękny skokowy postęp w swobodnym posługiwaniu się językiem, jakiego bym sobie w życiu nie wymarzyła. Głównym powodem, dla którego przy wyborze języka do nauki od przyszłego semestru zamiast pójść na łatwiznę z angielskim zdecydowałam się na rosyjski, jest nadzieja, że może jak trochę się podciągnę to analogiczna rzecz mi się zdarzy z ruskimi ficzkami do LoGH-a i wtedy będę je mogła czytać z szybkością większą niż akapicik na pięć minut i nie musząc się domyślać, o co chodzi, z bardzo ogólnego kontekstu. A ruskich ficzków do LoGH-a jest tyledużo <3
...No dobra, jest też taka na przykład kwestia, że rosyjski to dla mnie chyba najładniejszy brzmieniowo język i że ogromna większość ludziów wybiera angielski, więc jeszcze bym została jedną z tych nieszczęśników dopisanych do niemieckiego dla wyrównania grup, ale głownie się rozchodzi o ruficzki.

III Studiuję informatykę dlatego, że za cholerę nie miałam pojęcia, co chciałabym studiować, i wybrałam ten kierunek pasujący do zdawanych na maturce rozszerzeń, który mnie najmniej odrzucał. Trzy lata wcześniej za cholerę nie miałam pojęcia, do jakiej klasy chcę iść, i w końcu wybrałam mat-fiz-inf, bo z oferowanych profili tylko ten nie zawierał żadnego przedmiotu, którego nie lubiłam. Teraz w dalszym ciągu nie mam bladego pojęcia, co właściwie chciałabym w życiu robić, i mam jakieś takie przeczucie, że nawet jak już będę tym inżynierem niewiele się w tym temacie zmieni.

IV Lekarze to zUo. Nienawidzę wystąpień publicznych, ale w przypadku takiej prezentacji przed grupą czy egzaminu ustnego mogę z powodzeniem stosować podejście "pomyślę o tym jutro" i jakośtobędzizm, tak że faktycznie przejmować się zaczynam dopiero przed samym faktem. Ale króciutka, obiektywnie zupełnie nie straszna wizyta u lekarza tylko po receptę, której wypisywanie nie zajmie pięciu minut? Stres, zamartwianie się i ucisk w żołądku na tydzień przed. Gorsza jest tylko perspektywa pobytu w szpitalu, na samą myśl o której zaczynam się czuć chora.
Za to z jakiegoś powodu jedynymi lekarzami, których się nie boję wcale, są dentyści.

V Uwielbiam chodzić. Najchętniej wszędzie latałabym pieszo, no, ewentualnie, jeśli leje/pieszo do celu miałabym ponad godzinę/musiałabym wstawać wściekle rano, żeby zdążyć, autobusem. Nie lubię samochodów, jeszcze nie byłam w żadnym, który by nie śmierdział jakąś odmianą tego takiego paskudnego samochodowego zapachu.
Przy chodzeniu najlepiej mi się myśli, dlatego robię to też w domu, aż dziwne, że jeszcze nie mam wydeptanej ścieżki przez środek pokoju. Przez dłuższy czas miotanie się z jednego końca pokoju na drugi miało jeszcze tę przewagę, że mogłam to robić przy muzyce; ale odkąd z pół roku temu znalazłam na samym wierzchu szuflady słuchawki do telefonu, które od lat miały status tajemniczo i bezpowrotnie zaginionych w akcji, spacerki po mieście są jeszcze fajniejsze.

VI Jak już o telefonie mowa, od sześciu lat mam jeden i ten sam, w ogóle drugi w życiu, model Nokia C3-00, o, taki:


tyle że odrobinę bardziej sponiewierany. Telefonik ma na imię Jason (jeśli chcecie wiedzieć, nazwałam też inne swoje urządzenia elektroniczne - lapek, z którego to piszę, nazywa się Paul, a czytnik ebooków Yang). W sumie od czasu do czasu stwierdzam, że niewczytywanie przez niego wszystkich odrobinę bardziej pamięciożernych stron internetowych, dziwne kaprysy karty pamięci i brak możliwości korzystania z większości obecnych apek troszku go dyskryminują jako maszynkę służącą głównie do przetrwania podczas rodzinnych spędów, wykładów i inszych ekstremalnie nudnych i/lub usypiających sytuacji. Ale raz, że sama myśl o konieczności w razie zmiany telefonu przerzucenia tego wszystkiego, co na nim mam, skutecznie mnie zniechęca, dwa, jakoś nie potrafię patrzeć na smartfony jak na normalne komórki, ciągle mi się wydają takimi cholernie drogimi, cholernie kruchymi zabaweczkami, nie wyobrażam sobie, że miałabym taką trzymać w tylnej kieszeni spodni i na niej siadać, nosić w zębach w razie zajętych rąk czy niezliczone ilości razy przypadkiem zrzucać na twardą podłogę. Tak że przynajmniej póki co pozostaję hipstersko przy klawiaturce.

VII Zupełnie nie ciągną mnie komiksy zachodnie, chyba przede wszystkim dlatego, że miałam pecha widywać same takie, których strona graficzna mnie odrzucała na kilometr. Wyjątkami są pewne komiksy (teoretycznie) dla dzieci. Po pierwsze Asteriksy, chociaż mam zaledwie kilka albumików i te późniejsze to już nie to. Po drugie disneyowskie komiksy o Kaczorze Donaldzie, przy czym raczej europejskie z Gigantów i spółki, niż te amerykańskie z gazetki, ale przede wszystkim twórczość Dona Rosy, zwłaszcza jego magnum opus Życie i czasy Sknerusa McKwacza razem ze stanowiącym epilog Listem z domu. Waliłabym tymi komiksami po łbie każdego, kto twierdzi, że wszystkie historie o kaczkach to takie głupiutkie dziecinne komedyjki.
Po trzecie, W.I.T.C.H. Kreskówka to było jedno wielkie wtf z bohaterkami przerobionymi na chodzące durne schematy, ale komiksy to fandom, w którym siedzę chyba najdłużej i najwięcej skończonych ficzków popełniłam właśnie do niego. Oczywiście pomijając fakt, że fandom tego komiksu jest tak duży, że w zasadzie nieistniejący. Tutaj też po pewnym czasie wszystko się zaczęło psuć, zresztą od samego początku serii było niekoniecznie po drodze z logiką i spójnością, ale pierwsze pięć arców jest fajnych, a ostatni zawiera jeden z moich ulubionych wątków romantycznych evah.


VIII Od zawsze lubiłam rysować drzewka genealogiczne wymyślonych rodzin, z datami urodzin, śmierci i ślubów oraz wypisanymi gdzieś obok kolorami oczu i włosów poszczególnych osób. Z czasem udoskonaliłam pomysł i zamiast randomowych rodzin zaczęłam rozpisywać genealogie swoich Marysójek pożenionych z obiektami fangirlu z danego fandomu, potem ich dzieci i tak dalej. Do tego oczywiście dochodzą historie tych wszystkich postaci, nigdzie nie spisywane, ale wychodzi na to, że pamiętam je całkiem nieźle nawet znalazłszy jakieś stare drzewka sprzed lat. Takie to w sumie dość telenowelowate guilty pleasure, ale jakoś nie widzę, żebym przestała się w nie bawić w najbliższej przyszłości ^^

IX Najprostszą metodą, żeby zachęcić mnie do kupna mangi/książki/łotewa, jest umieszczenie jej akcji w czasie Rewolucji Francuskiej. To zdecydowanie moja ulubiona epoka historyczna, no, może jeszcze razem z kilkudziesięcioma laty następującymi po niej, tak do końca monarchii lipcowej w 1848, ale rewolucja najbardziej. Teraz sporo pozapominałam, ale tak w wieku dziewięciu do trzynastu lat potrafiłam sypać dziennymi datami najważniejszych wydarzeń. O tym, że kupię Różę Wersalu, jeśli u nas wydadzą, wiedziałam na długo przed zainteresowaniem się mangoanimcami. Chociaż akurat Maria Antonina nie interesowała mnie nigdy, najwyżej w więzieniu i na szafocie.

X Nie ma dnia bez kubka herbaty. No, kilku, kilkunastu kubków. Lubię w zasadzie wszystkie rodzaje herbaty poza zwykłą czarną, co prawda owocowe to dla mnie raczej jak kompot i je jako jedyne słodzę, chyba że mowa o takich autentycznych, nieworeczkowanych, parzonych z listków, kwiatków i innych zasuszonych cusiów, przy których faktycznie czuć, że ma się do czynienia z herbatą. Ale takie różne rodzaje to głównie jak ktoś podaruje albo w gościnie, a tak na co dzień głównie pijam Earl Greya.

Z typowaniem ludzi do wszelakich zabaw zawsze miałam pewne problemy, całe szczęście tutaj nie ma chyba wyznaczonej konkretnej ich liczby, więc też nominuję jedną osobę - Pustego Kwadracika, oczywiście jeśli ma ochotę się w to bawić :3

niedziela, 28 maja 2017

Kwiecień 2017 - Zdobycze

Kończy się maj, cóż to oznacza na moim blogasku? Tak, tak, czas na podsumowanie zdobyczy kwietniowych :'D
Plan był taki, żeby po tej poprzedniej wielkiej pace zrobić sobie przerwę od kupowania, najlepiej jeszcze poczekać na jakąś kolejną promocję i dopiero wtedy, pewnie coś koło maja czy później, zrobić następne duże zamówienie. I nawet udało mi się przez parę miesięcy postępować zgodnie z nim. A potem przypadkiem się dowiedziałam o promocji na Arosie, a potem jeszcze była wielkanocna promocja u Kotków - i jednak dorobiłam się w kwietniu trochę nabytków do kolekcji. Tym razem mocno monotematycznych pod względem reprezentowanych wydawnictw.
Tomiki na zdjęciach są trochę przemieszane, bo pierwszą partię robiłam po pierwszym zamówieniu i po drugim już mi się nie chciało tego wszystkiego z powrotem wyciągać i powtarzać sesji.



Kagen no Tsuki #2, 3
Hatsukoi Limited #1-4
Nasz cud #1-6
Serafin Dni Ostatnich #4
Księga Vanitasa #2
Ristorante Paradiso
Saga Winlandzka #1
Do Adolfów #1


Do Adolfów i Saga winlandzka, czyli dwie mangi, których zakup miałam w planach "na kiedyś". Doszłam jednak do wniosku, że nie wiadomo, kiedy się znowu taka ładna przecena trafi, i to "kiedyś" w zasadzie może być już teraz. Po pobieżnym przejrzeniu i nadczytnięciu wrażenia mam raczej na plus. Tylko muszę ponarzekać, że w Sadze (swoją szosą mojej pierwszej mandze od Hanami) przynajmniej w jednym miejscu zostawiono niewyczyszczoną onomatopeję tłumaczenie wklejając na wierzch, i akurat w tym miejscu przy przeglądaniu tom mi się otworzył. Za to Adolfowie na żywo nie wyglądają tak znowu tragicznie, za to mają imponującą objętość. Niby wiedziałam, ile to stron, i widziałam na zdjęciach, ale co innego zobaczyć na żywo i pomacać. Niesamowicie podoba mi się ta starodawna Tezukowa kreska, znacznie bardziej, niż ta niby ładniejsza w Sadze, aż się zaczęłam na poważnie zastanawiać nad Pieśnią Apolla, chociaż tematyka niezbyt mi podchodzi.


Hurra, w Serafkach wreszcie się skończyła fabuła z pierwszego sezonu anime, teraz będzie tylko ciekawiej. Shinoa, Ferid i Crowley przewijali się w przyzwoitych ilościach i nawet Shinya się na chwilę pokazał, cynamonowa bułeczka moja, czyli jestem zadowolona z tomiku. Do tego doszliśmy już do tego momentu, w którym Guren na dobre zaczyna zmieniać się z marnej i koszmarnie irytującej podróbki Roya Mustanga w naprawdę interesującego bohatera, dobra nasza, jeszcze trochę i może oficjalnie dołączę go do grona ulubieńców z tego fandomu. Feridowa okładka najładniejsza jak na razie i jeszcze przez sporo czasu taką pozostanie, bo teraz niestety przynajmniej przez trzy tomy na okładkach nie pojawi się nikt ciekawy.
Co jest śliczniejsze od tomiku Vanitasa? Dwa tomiki Vanitasa obok siebie. Aż strach ich dotykać, żeby nie nanieść jakichś mikrozabrudzeń czy czegoś. Zanim zacznę czytać - najpierw chcę skończyć Pandorkę - pewnie już będę miała trzy tomy, omnommnomm, jak cudnie wtedy będą wyglądać.


Wszyscy mówią, że Nasz cud to bardzo dobra manga. Do tego josei, a tego to ci u nas niewiele i więcej raczej nie będzie, przynajmniej w najbliższej przyszłości. W związku z tym po krótkim wahaniu dałam się przekonać pozytywnym recenzjom i przy okazji jeszcze większej niż normalnie taniochy na Arosie wrzuciłam do koszyka wszystkie dostępne tomy, a ten jeden niedostępny krótko potem wzięłam w drugim kwietniowym zamówieniu. Kompletnie nie rozróżniam poszczególnych okładek, no, może poza pierwszą (bo szlaczek), tylko frapuje mnie, że na każdej główny bohater ma trochę inny odcień włosów. Nawet ładnie to wygląda na grzbietach, kiedy tomiki stoją obok siebie.


I jeszcze w tym samym miesiącu, co pierwszą, nabyłam też drugą mangę od Hanami, czyli Ristorante Paradiso. Powód - ta sama autorka, co mangowej wersji ACCA: 13-ku Kansatsu-ka, które tak bardzo mi się spodobało w zeszłym sezonie. Pamiętam, jak kiedyś przypadkiem zobaczyłam jakieś strony z tej mangi i zastanawiałam się, jak takie bazgroły się mogą komukolwiek podobać; no to właśnie teraz mnie się zaczęły podobać. A tomik bardzo ładnie mi się wpasował kolorystycznie-wymiarowo w jeden ze stosików książek na regale i teraz sobie leży chyba w najbardziej zróżnicowanym towarzystwie ze wszystkich moich mang, czyli razem z dwoma książkami Conrada, Szwedami w Warszawie oraz angielskimi wersjami Alicji w krainie czarów, Czarnoksiężnika z krainy Oz i Równoumagicznienia.

Początkowo, chociaż cena kusiła, nie miałam specjalnej ochoty kupować kota w worku, czyli żadnej z serii, których resztki Waneko sprzedaje po pięć złotych za tomik, tym bardziej, że z żadnej z nich nie były dostępne wszystkie tomy. Jednak trafiła się promocja, a trochę dziwnie by mi było zamawiać w jednej paczce tylko dwa tomiki, więc postanowiłam zaryzykować z dwiema przecenionymi mangami. Pierwsza z nich to Kagen no Tsuki, którego pierwszy tom jeszcze mam nadzieję gdzieś dopaść.


Druga natomiast to Hatsukoi Limited. Słyszałam, że podobno sympatyczna rzecz, i spodziewałam się czegoś w stylu Miłości wśród kwiatów wiśni, tyle że w w wydaniu hetero - takich tam przyjemnych, ale niezbyt zapadających w pamięć historyjek o różnych parkach. Nie spodziewałam się natomiast, że ta seria będzie aż tak fajna. Tutaj też w Wanekowym sklepiku dostępne były tylko trzy z czterech tomów, ale tak jakoś mi się kojarzyło, że widziałam w swoim Matrasie akurat ten brakujący trzeci tomik i faktycznie, było nawet kilka egzemplarzy i mogłam sobie wybrać ten w najlepszym stanie. Co prawda zapłaciłam za niego cenę okładkową (Valarowie, kiedy ja ostatnio cokolwiek za tyle kupiłam?...), ale po lekturze na razie pierwszego tomu nie żałuję zakupu całości. Naprawdę  dobra manga z lubialnymi bohaterami (nooo, może poza jedną pannicą zakochaną w starszym bracie, ale idzie ją przeżyć), do tego autentycznie zabawna i przyjemna dla oka. Na fanserwis, którego się nieco obawiałam - w końcu to ecchi - koniec końców nawet nie zwróciłam szczególnie uwagi. Wychodzi na to, że czasami opłaca się kupować od Kotków koty w worku c:


Pierwszy raz zamawiałam cokolwiek ze sklepu Waneko i trochę się zdziwiłam, że dostałam dwie zakładki, byłam święcie przekonana, że kwalifikuję się na tylko jedną. Okazało się, że po prostu nie ogarnęłam systemu ich rozdawania. Całe szczęście przez to, że nie wiedziałam, które są dostępne, w komentarzu poprosiłam o Vanitasową albo Mononokeanową, i dzięki temu dostałam właśnie te dwie. Za cudne są, żeby ich używać, więc leżą sobie w bezpiecznym miejscu i co na nie spojrzę, tym bardziej skłaniam się ku częstszemu zamawianiu u tego wydawnictwa.

poniedziałek, 22 maja 2017

Fate/Zero

Follow my blog with Bloglovin
Święty Graal to relikwia zdolna spełnić najgłębsze pragnienie swojego posiadacza. Nic dziwnego, że, mimo iż wszystkie poprzednie wojny o niego zakończyły się ogromnym rozlewem krwi i nie wyłoniły zwycięzcy, wciąż znajduje się wielu chętnych do walki. Wśród stron w czwartej wojnie o Graala, oprócz przedstawicieli czterech najstarszych rodów magów, znajduje się także podstawiony przez jeden z tychże rodów pionek, którego poszukiwania celu z czasem obracają przeciw jego zwierzchnikom, młody student magii pragnący udowodnić swoją wartość oraz pewien psychopatyczny morderca. Wszyscy oni stają do walki z pomocą przyzwanych legendarnych bohaterów z przeszłości należących do jednej z siedmiu klas.

Jak pewnie wiecie, niedługo dzięki Kotori dostaniemy po polsku LN-kę Fate/Zero. Zanim zdecyduję, czy ją zbierać, postanowiłam dokończyć animcową adaptację, której pierwszy sezon obejrzałam już bodajże w styczniu. Zrobiłam to i, cóż, zostałam z wrażeniami dość mieszanymi.

Uwaga, spoilery w tej notce siedzą gęsto i szczerzą kły

Jedno, co mogę z czystym sumieniem pochwalić, to muzyka, naprawdę świetna i podkreślająca klimat. Tak samo bardzo przypadł mi do gustu opening, w sumie nie do końca w moim stylu, ale coś takiego ma w sobie, że od dwóch dni słucham go niemal na okrągło.
Podobno seria jest też bardzo dobra wizualnie. Jestem pod tym względem raczej ślepa, więc się nie wypowiem, ale w każdym razie specjalnych fajerwerków nie zauważyłam. Szczególnie podczas walk, które powinny być olśniewające, a były... no, były i tyle. Praktycznie żadna nie wywarła na mnie jakiegokolwiek wrażenia. Chociaż, coby być sprawiedliwą, muszę przyznać, że mogły mieć z tym coś wspólnego postacie, które te walki toczyły.
Gdyż obsada to chyba moja największa bolączka w tym animcu. Owszem, fabularnie też chwilami coś tam nie stykało - na przykład gdybym nie podczytała troszku forów na MAL-u zostałabym z wielkim WTF w kwestii tego, co w ogóle było nie tak z tym Graalem, kto w końcu wygrał i dlaczego właściwie Gilgamesz nie zniknął ani nic po zakończeniu wojny. Zdecydowanie za dużo było też mocno średnich czy wręcz słabych, nudnych, nużących dialogów. Przede wszystkim trzeba tutaj wymienić niesławną scenę z pierwszego odcinka, w którym jeden bohater sobie stoi, dwaj inni wydeptują wokół niego kółeczka w dywanie i wyjaśniają mu, a przy okazji widzom, o czym będzie seria, i tak przez co najmniej parę minut. Genialny sposób na przedstawienie informacji, naprawdę. Ale wszystko to byłoby do zniesienia, ba, mogłoby się wręcz wcale nie liczyć, gdyby anime nadrabiało bohaterami. A ono tak bardzo tego nie robi.


Mamy na przykład takiego Castera - w tej roli Giles de Rais - który wygląda jak villain z disneyowskiej kreskówki, jest totalnym psycholem i razem ze swoim panem, również psycholem, bawi się w zabijanie ludzi, a w końcu przyzywa wielkiego kałamarnicopotwora, coby sobie pozostali mogli z nim powalczyć. Fajnie, przynajmniej ta dwójka nie chodziła w kółko i szczerze mówiąc już wolałam oglądać ją, niż niektóre inne teamy, ale nie rozumiem, po licho dano jej tyle czasu ekranowego? Z tego co pamiętam w pierwszym sezonie dostała go mniej więcej tyle, co Team Kayneth, i więcej, niż Team Kariya - i po co tyle poświęcać na parę morderców, którzy, cóż, mordują i nic poza tym z ich scen nie wynika?


Tym bardziej, że niektórym innym postaciom nieco więcej czasu i uwagi bardzo by się przydało. Na przykład taki Kariya Matou. Człowiek, nad którym cały wszechświat zdaje się znęcać i cały jego wątek można by streścić "a potem było jeszcze gorzej". Zdaje się, że zamierzeniem twórców było skłonić widzów do współczucia mu. Tylko jak niby mamy współczuć komuś, kogo praktycznie nie znamy? Większość scen z jego udziałem nawet nieźle mnie zaskakiwała, bo od poprzedniej zazwyczaj zdążyłam już zapomnieć, że ktoś taki w ogóle istnieje. W rezultacie kulminacyjną, wyreżyserowaną przez Kireia scenę znęcania się na Kariyą ogląda się mniej więcej z takimi samymi odczuciami, jak Gilgamesz - taki tam przeciętny, ale całkiem znośny spektakl. Uczucia, jakie uczucia, kto tam niby był, nad kim można by się wzruszać? Podobnie służący Kariyi Berserker, który z jakiegoś powodu ciągle się rzuca walczyć z Saber i teoretycznie powinno mnie interesować, dlaczego, ale ciężko zastanawiać się na czymś, o czym po minucie już się nie pamięta.


Nieco lepiej wypadł Kayneth El-Melloi Archibald - w tym sensie, że żywiłam wobec niego jakiekolwiek uczucia. Głównie ostrego wkuropatwienia, ale z czasem zaczęłam facetowi nawet współczuć. W skali tej serii to naprawdę dobrze, nawet związany z nim, jego narzeczoną Solą-Ui Nuadą-Re Sophią-Ri (kto w ogóle wymyślał te imiona?) i służącym mu Lancerem, koncertowo zmarnowany wątek zdrady całkiem nieźle wypadł w kontekście tego, jak cała trójka skończyła - wątek urwał się, bo Kiritsugu niespodziewanie zagrał nieczysto i nie dał mu szans się rozwinąć, jak dla mnie realistyczne i całkiem interesujące rozwiązanie.

Właśnie, Kiritsugu Emiya.
O Kiritsugowatym haremiku w składzie Saber, Maiya i Irisviel "moja samotna szara komórka jest przystosowana wyłącznie do myślenia o Kiritsugu" von Einzbern nie mam się nawet zamiaru rozwodzić, bo się tu zaziewam na śmierć. Wspomnę tylko, że mam nadzieję, że Ilyasviel jest choćby tycio, tyciutko ciekawszą postacią od swojej matki, mam zamiar kiedyś obejrzeć te Fate/kaleidy cośtam gwiazdka cośtam i wolałabym nie męczyć się przez ileś odcinków z równie bezbarwną pannicą.


Natomiast sam Kiritsugu... Mój problem z nim polega na tym, że naprawdę mógłby być interesujący. Kiedy bohater jakiejś historii zostaje postawiony przed okrutnym wyborem, zazwyczaj albo znajduje jakąś lepszą trzecią opcję, albo, w konwencji bardziej ponuro-realistycznej, ostatecznie z bólem serca dokonuje wyboru mniejszego zła. Kiritsugu natomiast nawet nie zastanawia się nad wyborem, ba, właściwie nawet go wcale nie dokonuje - on domyślnie, bez żadnego wahania, nawet nie myśląc o możliwości istnienia trzeciej opcji, robi to, co wydaje się mniejszym złem, nawet jeśli w rezultacie zostawia za sobą sterty trupów. Zarówno w samej serii, jak i w internetach sporo ludzi uważa, że to bardzo altruistyczna postać. Bullshit, skończony egocentryzm i nieskończona arogancja, nie altruizm. Kiritsugu to taki człowiek, który chce wszystkich ratować, bo on uważa, że ratunku potrzebują; chce naprawiać świat, bo on uważa, że świat potrzebuje naprawy, i nigdy nawet przez myśl mu nie przejdzie, że może nie ma racji. To, że inni ludzie, jak to ktoś na MAL-u słusznie zauważył, mogliby mieć inne zdanie w tej kwestii - na przykład mogliby woleć nie umierać dla jego ideałów - zupełnie się dla niego nie liczy.


I takiego człowieka Fate/Zero przedstawia jako tego dobrego bohatera i przeciwstawia temu paskudnemu Kireiowi Kotomine. I tutaj leży problem, bo, niestety, Kirei jest w każdej chwili znacznie, znacznie mniej przerażający od Kiritsugu. Najpierw po prostu szuka swojej drogi, zastanawia się nad sobą i już z samej definicji wypada lepiej od Emiyi, bo, że tak polecę Pratchettem, "towarzystwo poszukujących prawdy jest nieskończenie lepsze niż tych, którzy wierzą, że ją znaleźli". A już na pewno jest lepsze od towarzystwa tych, którzy wierzą, że ta znaleziona prawda daje im prawo do zabijania i zabawy w zbawiciela świata. Późniejszy Kirei faktycznie zaczyna być zUym villainem robiącym rzeczy for the evulz, ale przynajmniej jest w tym szczery, nie łudzi się co do swoich pobudek, nie wynajduje szczytnych celów mających go usprawiedliwić. Still better than Kiritsugu, który dąży do swojego celu święcie wierząc, że robi to dla innych i postępuje słusznie, niezależnie, ilu ludzi po drodze zabije czy skrzywdzi. Naprawdę nie rozumiem logiki twórców, według której to Emiya jest tym lepszym.


Wracając do bohaterów, Tokiomi Tohsaka to ten (no, jeden z tych) od wyżej wspomnianego chodzenia w kółko. I to była najbardziej pamiętna scena z jego udziałem. Tokiomi to takie non-entity, że nawet in universe jest to zauważane. Absolutnie nie dziwię się Gilgameszowi, że przy nadarzającej się okazji pozbył się takiego niewydarzonego "pana".


W cudzysłowie, bo w przypadku Gilgamesza określanie kogoś jego panem nie wydaje się odpowiednie. Gilgamesz to jeden z trzech bohaterów, co do których koniec końców żywiłam jakieś cieplejsze... Nie, złe słowo; raczej pozytywne uczucia. Lubić absolutnie go nie lubię, to antypatyczny, cholernie zadufany w sobie sukinsyn, który przez sporą część swoich scen mógłby być z powodzeniem zastąpiony przez maszynkę rzucającą losowymi kwestiami w stylu "jak śmiesz do mnie mówić, kundlu". Z tym że w pozostałej części swojego czasu ekranowego w pełni uzasadnia byciem awesome całą tę pychę i sukinkotowatość. Do tego naprawdę śliczna jest ta jego Brama Babilonu, nawet jeśli z pewnych przyczyn wzbudzała we mnie za każdym razem skojarzenia z rzyci strony. Dosłownie. (Dobra rada: jeśli macie w planach oglądanie Fate/Zero i Keijo!!!!!!!!, zacznijcie od tego pierwszego). No i, last but not least, Gilgamesz miał udział w najlepszej scenie z najlepszymi bohaterami i potraktował ich z należnym szacunkiem, za co natychmiastowo dostał +100 do fajności.
A mówiąc o najlepszych bohaterach, mam na myśli...


...Wavera Velveta i Ridera, czyli Aleksandra Wielkiego, zwanego też Iskandarem. Już przez samo to imię od początku przez skojarzenia ze Space Battleship Yamato miałam dobre przeczucia co do tej postaci, które sprawdziły się z nawiązką. Rozwodzić się tutaj zbytnio nie będę, bo w większości zgadzam się z tym postem i nic więcej raczej nie dodam. To po prostu najbardziej sympatyczny ze wszystkich siedmiu teamów i śledzenie jego przygód było najbardziej interesujące. W ogóle wszystko, co miało związek z Waverem i/lub Riderem, automatycznie stawało się ciekawsze i lepsze. Ostatecznie nawet trzy razy dzięki tej parce zeszkliły mi się oczka, raz w odcinku dwudziestym trzecim/dziesiątym drugiego sezonu (najlepszym evah), raz w ostatnim epku i jeszcze raz już po skończeniu serii, kiedy natknęłam się na screen z kimś wyglądającym jak dorosły Waver w armii Ridera, Eru, to jest tak bardzo... Awww, to był ten moment, kiedy oprócz pocących się oczu zrobiło mi się tak bardzo puchato i cieplutko na serduszku. Naprawdę, naprawdę uwielbiam tę dwójkę.

Niestety, jest to też pewna wskazówka co do poziomu anime. Jeśli w historii zawierającej walki, pojedynki, morderstwa, zdrady, intrygi i takie tam wątek coming of (m)age jakiegoś chłopaczka jest dla mnie najlepszy i najciekawszy, to znaczy, że ktoś tu koncertowo skiepścił sprawę. Wbrew tym wszystkim powyższym narzekaniom Fate/Zero nie jest złą serią, ale na pewno doskonałym przykładem zmarnowanego potencjału i tego, jak bardzo słabi bohaterowie mogą wszystko zepsuć. W kwestii LN-ek, cóż, gdyby przypadkiem na którejś okładce znalazło się ładne ujęcie Teamu Waver, pewnie bym ten tom nabyła bez zastanowienia. Na szczęście dla moich finansów wydaje się, że na okładki jest zawsze pchana do oporu Saber, więc raczej będzie mnie odrzucać, niż kusić.

(BTW, na górze notki jest wklejony taki cuś, który - przynajmniej w założeniu - służy do tego, żeby ten blog został na Bloglovin' uznany za mój. Jeśli coś w tym poście się rozjeżdża albo coś w tym stylu, to pewnie właśnie przez to ;p).

piątek, 28 kwietnia 2017

Luty i marzec 2017 - Zdobycze

No, kwiecień się jeszcze nie skończył, więc po raz kolejny wcale a wcale nie spóźniłam się z zakupowym podsumowaniem. Tym razem z całego kwartału.
Z tym, że, cóż, w styczniu nie dołożyłam do kolekcji nic, w lutym całą jedną gazetkę. Jak na razie przeczytałam tylko artykuł o Jurkach, który totalnie zrobił mi dzień podkreślaniem, jak to tam absolutnie nie ma żadnego homo romansu, a skąd, ino lekkie aluzje same, panie, a tuż obok obrazek z Vicią całującym Yuuriego w łapkę.


W ogóle nie wiem, czy to ja się zrobiłam jakaś wybredna, czy oni w tym Otaku faktycznie ostatnio jakieś nie teges tematy dobierają, w każdym razie to już drugi numer, w którym z artykułów stricte mangoanimcowych nie zainteresował mnie praktycznie żaden.

Za to w marcu przyszła wreszcie paczka zamówiona przy okazji przedświątecznej promocji. No, nie paczka, a paka.


Requiem króla róż #5, 6
Serafin Dni Ostatnich #3
Pandora Hearts #6, 7, 8
Księga Vanitasa #1
Pet Shop of Horrors #2, 3, 4
Noragami #4, 5, 7
Slow Starter
Yamada i chłopak
Kawaii Scotland #1
Rycerze Sidonii #4
One-Punch Man #5, 6
Berserk #11
Wzgórze Apolla #4, 5, 7, 8
Granica twojej miłości


Jakiś czas temu bodajże u Frydzi przeczytałam, że powoli kończą się nakłady Pet Shopu, więc oczywiście przy kolejnej okazji dorzuciłam do koszyka trzy brakujące tomy. Czytałam je wszystkie już jakiś czas temu, więc teraz tylko przejrzałam, ale kiedyś na pewno do nich wrócę, bardzo przyjemnie się te historyjki czyta i dobrze mieć całe polskie wydanie. Oczywiście jeszcze lepiej niż komplet pięciu tomików byłoby mieć komplet dziesięciu, ale cóż, cieszmy się tym, co jest.



Nadrobiłam wreszcie mangi od Klusek, następna będzie druga część Usłyszeć ciepło słońca, a potem to już dopiero może ten najnowszy ogłoszony jaojec, Caste Heaven skutecznie wyleczyło mnie z postanowienia kupowania wszystkiego od Dango, a to cuś o jedzeniu jakoś nie bardzo podpasowało tematyką.
I cóż to takiego, moje pierwsze mangopolo. Któż by się spodziewał, że kiedykolwiek coś takiego kupię... Ale tacy kawaii ci Szkoci, że musiałam ich mieć. Podobno którąś z autorek powinnam kojarzyć, po dłuższej chwili zastanowienia doszłam, że faktycznie, ta cała Kobieta-Ślimak to chyba ta, co się kiedyś pojawiła w komiksie Kiciputka. W sumie mnie tam rybka, czy twórcy są znani w internetach, czy całkiem randomowi, grunt, że komiks miły dla oka i przednio się przy nim bawiłam. Na ciąg dalszy, kiedykolwiek by on nie był, rzecz jasna też się piszę.



Ostatnio sobie uświadomiłam, że jest całe mnóstwo serii od Studia JG, które bym chciała mieć, a faktycznie zbieram właściwie tylko Noragami, i zastanowiłam się, dlaczego. A potem sobie przypomniałam o mniejszej zniżce na Gildii i przestałam się zastanawiać. Okładki przygód Yato jak widzę trzymają formę, nadal prawie każdy ma na nich wyraz twarzy a la cielę na malowane wrota. Nie żebym wiedziała, kim większość z tych ludzi (bogów? broni? istnieją w tym uniwersum jeszcze jakoweś ludziopodobne stworzenia?) jest. Mam nadzieję, że fabuła też mnie nie rozczaruje.



Aż wstyd, pierwszy raz nie przeczytałam OPM od razu po dostaniu w swoje łapki. A to w dodatku tutaj jest moja ulubiona, feelsowa scena z animca. Nie lubię tej okładki z Pysiem Pasiem, w ogóle mam na faceta ostre meh, a już zwłaszcza nie mam ochoty go oglądać przy każdym spojrzeniu na półkę. Cóż, przynajmniej nie miałam wyrzutów sumienia, kiedy przez brak miejsca (jak ja zazdroszczę tym ludziom, którzy pokazują zdjęcia prawie pustych, przestronnych półeczek z paroma mangami na krzyż...) zaszła konieczność wyeksmitowania serii do szafki.
Berserka ostatnio trochę nadrobiłam, wciąż jeszcze parę tomów mi zostało, ale myślę, że wyrobię się zanim dotrze do mnie dwunasty. Na razie się cieszę, że odkąd okładki przestały mieć białe tło zrobiły się znacznie ładniejsze, oczywiście jeszcze wszystko może się zdarzyć, bo nie oglądałam późniejszych, ale raczej nie spodziewam się już takich paskudztw jak siódma czy ósma.



Wzgórze ładnie uzupełnione i na bieżąco z wydawaniem, jeszcze tylko ostatni tom i dodatek. A, no tak, jeszcze by warto zacząć czytać. W każdym razie to stanowczo seria, która najbardziej podoba mi się stojąc na półce, nie mogę się napatrzeć na te kolorowe grzbiety.



Troszkę ostatnio ponadrabiałam przygody Ryśka (chociaż akurat do tych tomów jeszcze nie doszłam) i jestem zachwycona. Nie wiem, czy to ja przy trzech pierwszych tomach byłam bardziej wybredna, czy faktycznie tak podniósł się poziom serii, w każdym razie wciągnęło mnie całkowicie i cieszę się, że siódmy tom już niedługo. Zabierając się za zbieranie Requiem miałam nadzieję na dużo fajnej polityki i wreszcie zaczęły się te oczekiwania spełniać, oby tak dalej. W dalszym ciągu najbardziej lubię Warwicka, jeden człowiek zawsze myślący tą częścią ciała co trzeba, i trochę mnie niepokoi stopniowe robienie z niego coraz bardziej schwarzcharaktera, mam nadzieję, że nie wyjdzie z niego Małgorzata vol. 2. Swoją drogą trochę ich shipuję, ona nawet mimo bycia podłą-podłą suczą łapie się jako jedna z rozsądniejszych ludków tutaj, pasowaliby do siebie.
A tak z całkowicie innej beczki polubiłam też obie córki Warwicka. Anna jest urocza i shipię ją z Ryśkiem (wszystko lepsze od Ryszard/Henryk, wszystko lepsze, co nie zawiera Henryka, owszem, może i facet nie jest aż tak beznadziejny jak Edward, ale dowolny przydrożny słupek jest mniej beznadziejny od Edwarda, żadne osiągnięcie), natomiast Izabela mam wrażenie odziedziczyła choć trochę rozumu po tatusiu, szkoda, że za to wyszła za idiotę. Ten lepszy Edward nagle zaczął mi niesamowicie przypominać Juraśkę i dzięki temu też zyskał trochę sympatii. No i oczywiście cudnie jak zawsze wypada najważniejszy bohater, czyli biały dziczek <3

U tokijskich wąpierzy, cóż, jak zwykle shounenowato, ale muszę odnotować, że pojawił się Eusford Crowley, czyli już każde z mojej naj-, naj- czwóreczki z tego fandomu miało swój debiut. Pod względem postaci ta manga bardzo mi przypomina Claymore, ludzie twierdzą, że bohaterowie słabo rozwinięci i zapewne mają rację, ale jednocześnie ci bohaterowie mają w sobie takie coś, co sprawia, że mnie zaciekawiają, zaczynam snuć teorie i headcanony i po jakimś czasie nie jestem już w stanie odróżnić, co faktycznie było w kanonie, a co sobie sama dopowiedziałam. I koniec końców bardziej się do takiego fandomu przywiązuję, niż do takiego FMA, które jest świetne, spójne, idealnie obmyślane - i kompletnie nie widzę potrzeby ani miejsca, żeby dodawać coś od siebie. Jedno, co naprawdę mi u Serafinków przeszkadza, to Mika i Krul, ale w mandze nawet oni z zasady wkuropatwiają znacznie słabiej niż w animcu. No i tutaj faktycznie da się uwierzyć, że nasze naczelne blond emo ma te szesnaście wiosen, a nie ze dwa razy mniej.



Tak się zachwycałam, jaka Pandora ładna, a w porównaniu do Vanitasa i tak jej tomiki wypadają jak tacy biedni kuzyni. Widać postęp w robieniu okładeczek, zarówno ze strony autorki, jak i wydawnictwa. Uwielbiam, jaki Vanitas jest grubiutki, na oko trochę grubszy od przedostatnich tomów Pandorki, aż ma człowiek poczucie, że faktycznie wydał hajsy na coś konkretnego. No i ma ładny grzbiet, nigdy nie wybaczę, że pierwsza dłuższa seria, którą skompletowałam, postawiona na półce jest tak nudno-brzydko-szara.
Bo tak, mam już komplet Pandorki i mogę sobie wreszcie spokojnie czytać, co też czynię. Tak bardzo nie rozumiem, co ludzie widzą w Gilbercie, przy każdym pojawieniu się Oskara Vessaliusa mam mindfucka, skąd tu się wziął Van Hohenheim z Fullmetala, Alice i Oz czasem mnie wkurzają, ale ogółem ich lubię, natomiast zdecydowanie uwielbiam Breaka i Elliota. Ten drugi kupił mnie doszczętnie niemal od razu po pojawieniu się, aż na głos komentowałam, że dobrze chłopak gada, polać mu. Szkoda tylko, że się tak nazywa, nie cierpię imienia Elliot, ale cóż, nie jego wina.
A tak w ogóle to wszechświat mnie nie lubi i spiskuje, żebym niczego nie mogła obejrzeć czy przeczytać bez spoilerów. Raz udało mi się grzecznie unikać wszelkich TV Tropes i im podobnych grożących zaspoilerowaniem stron, już się cieszyłam, że chociaż Pandorę sobie poznam na czysto - i zgadnijcie, o zakończeniu akurat jakiej serii zamieściła post ta jedna osoba interesująca się mangoanimcami, którą mam w znajomych na FB? x"D

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Zima 2017 - Podsumowanie sezonu

Połowa kwietnia za nami, czas najwyższy na podsumowanie minionego sezonu w przemyśle animcowym. Widziałam przeróżne opinie na jego temat, od wychwalania pod niebiosa po nazywanie najgorszym od lat. Cóż, dla mnie był to dopiero pierwszy, w którym naprawdę sama sobie ułożyłam listę oglądanych serii jeszcze na parę tygodni przed jego rozpoczęciem i potem jeszcze tylko parę rzeczy dorzuciłam, a drugi, który śledziłam na bieżąco, więc praktycznego punktu odniesienia nie mam; ale, po przeglądnięciu na MAL-u paru lat wstecz, stwierdzam, że pod względem liczby potencjalnie interesujących serii był dla mnie całkiem przyzwoity, nie było ich jakoś przesadnie wiele (tyle to jest teraz), ale też nie musiałam na siłę wyszukiwać, żeby mieć co oglądać. Jeśli chodzi o jakość też jestem bardzo zadowolona, trafiły się oczywiście anime słabe i bardzo słabe, ale ostatecznie każdy jeden oglądany tytuł dostarczył mi choć trochę satysfakcji i nie żałuję zabrania się za żaden, a to więcej, niż mogę powiedzieć o sezonie poprzednim. Nie było co prawda żadnych łyżwiarzy, ale i tak trafiła mi się jedna fazogenna seria.
Ale o niej niżej, a na początek ta jedyna więcej niż jednocourowa seria z sezonu jesiennego, którą oglądałam:


Nobunaga no Shinobi

Anime o perypetiach Chidori, uroczej i zabójczo (dosłownie) skutecznej ninjy służącej, jak można się domyślić po tytule, Nobunadze Odzie. Zdecydowanie jak na razie mój ulubiony short evah, nie żebym widziała ich wiele, ale przygody kawaii shinobi i całej zgrai postaci historycznych, o których nie wiem nic, ale nie szkodzi, bo seryjka wyjaśnia kto, co i jak i podobno robi to w sposób całkiem zbliżony do rzeczywistości, postawiły poprzeczkę wysoko. Oczywiście bywały odcinki, które podobały mi się bardziej, i takie, które mniej, ale jeśli nawet był jakiś, przy którym non stop się nie śmiałam, to go nie pamiętam. Już na dobre się przyzwyczaiłam do tych trzyminutowych (a w zasadzie nawet krótszych, wszak jest jeszcze opening - i tutaj muszę wyrazić swoje sfochanie na to, że go zmieniono, pierwszy był znacznie lepszy) odcineczków jako cotygodniowego poprawiacza humoru i drugi sezon był sequelem, na który cieszyłam się najbardziej z całego sequelowego sezonu wiosennego.

I przechodzimy do animców, które faktycznie zaczęły się w sezonie zimowym 2017, w kolejności od najsłabszych do tych, które spodobały mi się najbardziej.


ēIDLIVE

Przeciętny japoński gimnazjalista zostaje wcielony w szeregi galaktycznej policji i odkrywa, że głos, który od zawsze słyszał w swojej głowie, należy do żyjącego w jego ciele kosmity. A potem są jacyś kosmiczni źli, walki z nimi, nakama power i patetyczne przemowy głównego bohatera – no, shounenowy standard i to w bardzo słabym wydaniu, począwszy od po prostu brzydkiej strony wizualnej poprzez niewzbudzających sympatii bohaterów (z suczowatą koleżanką main hiroła na czele) po nieciekawą fabułę. Żeby być sprawiedliwą muszę jednak przyznać, że z czasem poziom się poprawił. Ostatnie odcinki nadal niczym nie powalają, ale niektóre postacie da się choć troszkę polubić, a akcja chwilami potrafi zainteresować. Mam wrażenie, że gdyby anime było dłuższe mogłoby się całkiem przyzwoicie rozkręcić i jakieś urywki opinii o pierwowzorze, które czytałam, zdają się to potwierdzać, ale było jednak o wiele zbyt słabe, żebym zainteresowała się ciągiem dalszym, zdecydowanie najsłabsze ze wszystkich tytułów, które oglądałam w tym sezonie.



Seiren

Przeciętny Licealista spotyka się z dziewczętami, trzema konkretnie, po cztery odcinki na każdą. I w kwestii fabuły to by było na tyle. Zabrałam się za tę serię w ciemno, bo na MAL-u było, że oryginalna, a takie mnie z reguły ciekawią, ale nie miałam pojęcia, czego się spodziewać. Nadal nie bardzo wiem, jaki był sens kręcenia takiego animca, jeszcze jakby to była adaptacja jakiejś VN-ki zachęcająca do tego, żeby sobie ją potem kupić i bardziej szczegółowo poprowadzić ścieżkę ulubionej dziewczynki, to bym zrozumiała, ale seria oryginalna? Skoro jednak takie anime istnieją, to widać zapotrzebowanie jest i to ja się nie znam. Mimo wszystko, chociaż słabe to było i chwilami nudne, to jednocześnie całkiem przyjemne w odbiorze. Główny bohater nie denerwował, a z trzech panienek nie przepadałam tylko za pierwszą, którą po jej arcu miałam praktycznie z głowy. Koniec końców Seiren nie polecałabym, ale jako lekki odmóżdżacz sprawdziło się wystarczająco dobrze, żebym nie żałowała spędzonego czasu.



Kuzu no Honkai

Zacznijmy od pozytywów – jakie to jest łaaadne. Początkowo irytował mnie występujący często podział ekranu na jakby kadry z mangi, ale szybko się przyzwyczaiłam i już bez problemu mogłam cieszyć oczy grafiką. Chociaż tyle, bo innych powodów do zachwytu to tu nie znalazłam. Jeszcze dramę dla samej dramy i seksy dla samych seksów jestem w stanie zrozumieć, w końcu jakoś odbiorców pozyskać trzeba, ale jeśli twórcy usiłują mi wmawiać, że to wszystko jest Eru raczy wiedzieć jak głębokie i dojrzałe, to ja dziękuję bardzo. Ponoć postacie zostały rozwinięte, osobiście nic takiego nie zauważyłam, ale przyznać trzeba, że od pewnego momentu miałam tych mórz ach, jakże tragicznego tragizmu do tego stopnia dosyć, że wyłączałam myślenie i skupiałam się na tym, że jest tak śliiicznie. Jednak zdecydowanie plus za zakończenie, spodziewałam się jakiejś dramatycznej kulminacji w rodzaju czyjegoś samobójstwa, a całość rozwiązała się zupełnie spokojnie i normalnie. Za to (i oczywiście za warstwę wizualną) podwyższyłam ocenę, ale nie zmienia to faktu, że anime moim zdaniem zupełnie nie zasługuje na swoją popularność.



Chain Chronicle: Haecceitas no Hikari

Adaptacja jakiejś gry fantasy. Bohaterowie zbierają armie, zawierają sojusze, ruszają na zUo, co to podnosi łeb w jakimś lokalnym Mordorze... i spektakularnie dostają w tyłek. Nie powiem, zaintrygował mnie taki początek, tym bardziej, że główne postacie od początku były nader lubialne (z jednym wyjątkiem, ale o tym później). Niestety, nie pomyślałam o tym, że porażka na samym początku anime oznacza, że bohaterowie mają całą resztę odcinków na ponowne zebranie drużyny z mas randomów i poprowadzenie akcji zgodnie z najbardziej wyświechtanymi schematami. Przez pewien czas było jeszcze znośnie, ale im dalej w las, tym więcej irytującej shounenowatości i nakama power. Tym, co głównie ratowało dla mnie to anime i ostatecznie wpłynęło na podwyższenie oceny, była natomiast postać jednego z main hirołów, który nie dość, że miał na imię Yuri i od samego początku budził we mnie radosne skojarzenia – nie daję nagród za zgadnięcie, jakie ;3 – to jeszcze reprezentował wybitnie lubiany przeze mnie typ bohatera jednocześnie badaśnego i fluffnego. Jednak jedna czy nawet kilka lubialnych postaci nie wystarczy, żeby naprawić kliszowatą fabułę, tym bardziej, że dwanaście odcinków to było wyraźnie za mało, żeby dobrze ją rozwinąć, stąd sporo skrótów i nagłych przeskoków. Nie polecam, chyba że ma się ochotę na takie oklepane fantasy.



Minami Kamakura Koukou Joshi Jitensha-bu

W ostatnim sezonie jesiennym było takie anime o dziewczętach na rowerach pod tytułem Long Riders!, które próbowało łączyć przyjemne z pożytecznym i przy okazji przygód bohaterek uczyć widzów, jak dobrze zabierać się za jazdę na rowerze. Efekt końcowy mnie osobiście przypominał takie filmiki edukacyjne, które czasem puszczano nam w szkole, a które bardzo próbowały być fajne i interesujące i równie bardzo żałośnie im to nie wychodziło. Wspominam o tym, bo Minami Kamakura... opiera się na tej samej idei, tyle że zrealizowanej lepiej pod każdym względem. Bohaterki są młodsze i dzięki temu wypadają naturalniej nawet zachowując się dość dziecinnie, do tego dzięki umiejscowieniu akcji w szkole i wątkowi zdobywania zgody na założenie klubu faktycznie istnieje jakaś fabuła, na scenerie aż miło popatrzeć, a porady dotyczące jazdy na rowerze, chociaż w samych odcinkach też czasem obecne, znajdują się głównie po napisach końcowych i można je spokojnie omijać. Ogółem seryjka niczym nie powalająca, ale bardzo sympatyczna, o ile się zbyt wiele od niej nie oczekuje.



Demi-chan wa Kataritai

Sympatyczna obyczajówka o perypetiach trzech dziewczynek-ajinek – wampirzycy, dullahana i śniegowej panny – ich nauczycielki – sukuba – oraz nauczyciela, dla odmiany zwykłego człowieka, który stara się pomagać swoim nadnaturalnym uczennicom w spadających na nie z powodu ich specyficzności kłopotach, a przy okazji dowiedzieć się czegoś więcej o tytułowych pół-ludziach. I... w zasadzie niewiele jestem w stanie poza tym powiedzieć. Spory minus seria zarobiła u mnie ze względu na stosunek dziewcząt do pana psora, zdecydowanie za bardzo podtekstowe to było chwilami. Poza tym w niewielu odcinkach nie było ani jednego momentu, w którym bym nie podziewywała. Jednak mimo wszystko to całkiem miły przeciętniaczek i polecam, jeśli ktoś lubi takie spokojne, komediowo-obyczajowe anime. Ach, no i nie zapominajmy, że panu nauczycielowi głosu udziela Junichi Suwabe, to też bardzo ważny argument za oglądaniem, mnie w każdym razie przekonał.



Gabriel DropOut

Kolejny tytuł, o którym niewiele mogę powiedzieć, ot, komedia o dwóch anielicach i dwóch diablicach wysłanych w celach szkoleniowych do świata ludzi, czyli rzecz jasna do Japonii. Problem, a także źródło większości gagów, w tym, że pannom anielicom bardzo daleko do bycia świętymi, natomiast ich koleżankom z piekła zdecydowanie nie wychodzi bycie zUym zUem. Akcji to tu specjalnie nie uświadczysz, seria jest epizodyczna i skupia się na komedii li i jedynie. Co nie jest koniecznie jakąś specjalną wadą, ja przynajmniej lubię takie niezobowiązujące komedyjki, a tutejszy humor akurat mi pasuje, ale jeśli człowiek spodziewa się czegoś więcej może się zawieść.



Onihei

Tytułowy Onihei to przezwisko Heizou Hasegawy, szefa policji do spraw podpaleń i kradzieży w osiemnastowiecznym Edo, odpowiedzialnego za zwalczanie - nigdy byście nie zgadli - złodziei i podpalaczy, ale też zabójców zagrażających spokojnym mieszkańcom. I właśnie temuż zwalczaniu przyglądamy się przez trzynaście epizodów. Znowu epizodyczne anime, przestrzegające schematu włamywacza, mordercy czy kogo tam jeszcze tygodnia, ale mimo braku czasu na rozwój danych spraw czy postaci naprawdę interesujące i dobrze zrobione. Lubię w takich okołopolicyjnych seriach sytuacje, w których mimo kibicowania przedstawicielom prawa jednocześnie współczuje się i trzyma kciuki za ściganych przez nich przestępców, a tutaj często mi się to zdarzało. Dla równowagi było też trochę udanych elementów komicznych i kilka mniej lub bardziej humorystycznych, lżejszych odcinków. Postacie, poza samym Oniheiem, nie zostały specjalnie rozwinięte, ale, w przeciwieństwie do Youjo Senki, tutaj ze względu na epizodyczność nie raziło to specjalnie, a główny bohater dawał radę ciągnąć całą serię. Ze względu na długość odcinków sprawy musiały być bardzo proste, ale mimo wszystko ciekawie się je śledziło. Nie dziwię się, że to anime jest stosunkowo mało popularne, bo nie każdemu się spodoba, ale osobiście polecam.



Ao no Exorcist: Kyoto Fujouou-hen

Ciąg dalszy kanonicznej części akcji z pierwszego sezonu anime. Bohaterowie jadą do Kioto walczyć z Nieczystym Królem, a Rin stara się odzyskać zaufanie przyjaciół, mocno nadszarpnięte przez wyjawienie, że jest on synem Szatana, i nauczyć się lepiej panować nad swoimi mocami. Pierwszy animiec obejrzałam właśnie na początku tego roku, więc byłam na świeżo i nie musiałam sobie przypominać fabuły, za to mogłam w pełni nacieszyć się, że egzorcyści doczekali się swojego Brotherhooda - czy może raczej Book of Kyoto, biorąc pod uwagę zignorowanie tylko części pierwszego sezonu, bo w pełni na to zasługują. Fakt faktem, że przeciwnicy w tym arcu byli raczej słabi, co to za frajda patrzeć na wielkie, bezmyślne, gąbczasto-grzybowate paskudztwo, z kolei ludzkiego villaina było za mało, żeby się specjalnie liczył. Za to seria nadrabia postaciami pozytywnymi, rzadko się zdarza, żebym tak lubiła całą - no, niemal, nadal nie jestem w stanie przekonać się do Yukia - główną obsadę jak leci, i to jeszcze wolę babki od części facetów, normalnie cud mniemany. Zdecydowanie muszę też pochwalić stronę graficzną, zwłaszcza w porównaniu z flashbackami z pierwszego sezonu widać wyraźnie, o ile jest lepiej. Tak teraz przy pisaniu myślę, że naprawdę przydałoby się kiedyś ogarnąć coś więcej mangi, niż te dwa mizerne tomiki przed paroma miesiącami, bo to dobra rzecz i fajnie by znać ciąg dalszy, ale wiadomo, zawsze jest tak wiele ciekawych rzeczy do czytania i tak mało czasu...



Youjo Senki

Przy wybieraniu tytułów do oglądania w nowym sezonie zainteresowałam się tym, ale po zobaczeniu głównej bohaterki na plakacie, a później puszczeniu zwiastuna i usłyszeniu próbki jej głosiku aż mnie brryrnęło i szybko rzuciłam animiec w kąt. Jednak kiedy już sezon zimowy był w pełni zaczęłam słyszeć o Youjo Senki na tyle obiecujące rzeczy, że postanowiłam jednak dać szansę i spróbować nie zrażać loli w mundurze. Bardzo słusznie, bo seria dała mi dokładnie to, na co mam zawsze nadzieję biorąc się za coś z tagiem "military", czyli sensowną strategię na wysokim szczeblu, a do tego ładne sceny bitew. Gorzej niestety z bohaterami, niby paru ludków tam było oprócz Tanyi jako tako wprowadzonych, ale w gruncie rzeczy pamięta się tylko o niej. No, ja jeszcze pamiętam jednego z głównodowodzących generałów, ale to tylko dlatego, że mówił głosem Satou z Ajina i non stop miałam crossoverowe skojarzenia, ale w każdym razie trochę to cienko. Ale mam nadzieję, że będzie kiedyś drugi sezon, a w nim może chociaż postać, o której internety mi powiedziały, że będzie nemezis głównej bohaterki, troszkę rozwiną.



Little Witch Academia

Jedyna seria, która się jeszcze nie skończyła, co więcej mam z nią zaległości, ale o pierwszej połowie pisać mogę. Głównie pochwały. Jedynym dziełem studia Trigger, z którym miałam wcześniej styczność, był Inferno Cop - powiedzieć, że mnie zraził do innych, to nic nie powiedzieć. Ponieważ jednak początkowo nie bardzo widziałam coś dla siebie wśród animców z sezonu zimowego postanowiłam z braku laku dorzucić do puli oglądanych młode wiedźmy i najwyżej dropnąć po pierwszym epku. Tak że do oglądania podchodziłam baaardzo sceptycznie, ale tym przyjemniej się zaskoczyłam, kiedy już po pierwszym odcinku seria okazała się dokładnie tak świetna, jak to zapowiadali ludzie w internetach. Uwielbiam tutejsze postacie, humor, klimat, tony nawiązań (kiedyś, kiedy będę już doświadczonym wyjadaczem mangoanimcowym, koniecznie będę musiała zrobić rewatch i wyłapać to wszystko, co teraz mi umyka) i zabawę schematami, do tego anime jest po prostu śliczne. Po epizodycznej pierwszej części akcja się rozkręca i robi bardziej spójna, nie mogę się doczekać, jak to się rozwinie.



ACCA

Oj, zaskoczyła mnie ta seria. Pierwszą połowę oglądało mi się tak sobie i wtedy mieściła się najwyżej w pierwszej piątce, czwórce sezonu; później akcja się zaczęła rozkręcać i anime awansowało nawet do ścisłej czołówki, obok LWA i Złej Tanyi; a potem znienacka zostawiło je daleko w tyle, wessało mnie na całego, wlazło do serduszka i zostało nową fazą. Nawet teraz do końca nie wiem, co właściwie mnie tak urzekło w tej historii o chlebku, ciastach i ciasteczkach... um, to jest: o pewnym bardzo profesjonalnym urzędniku przeprowadzającym kontrole w trzynastu dystryktach/stanach/prowincjach/czym tam jeszcze swojego kraju i starającym się rozgryźć pogłoski na temat zbliżającego się zamachu stanu i własnego w nim udziału. Może to kwestia wyjątkowo lubialnych bohaterów i to nie tylko głównych, ale wszystkich, którzy się przewinęli przez ekran, może klimatu, może grafiki, może plot twistów, a może wszystkiego naraz, grunt, że anime zostało moim niekwestionowanym numerem jeden sezonu zima 2017. Nie tak dawno w komentarzu na czyimś blogu pisałam, że nie ma żadnej mangi, która by mnie zachęciła do importów; cóż, odkąd się dowiedziałam, że Yen Press zlicencjonował pierwowzór ACCA, mam wrażenie, że to się niedługo zmieni. A o samym animcu chciałabym jeszcze skrobnąć osobną notkę, ale zobaczymy, jak i czy w ogóle to wyjdzie.

Gif poglądowy, o czym głównie jest ta seria


A na koniec jeszcze trochę (dość tendencyjnych, noale) wyróżnień w różnych kategoriach:

Najlepszy opening: Shadow and Truth (ACCA)
Bardzo podobały mi się też OP z Oniheia, LWA i egzorcystów, ale tylko ten na tyle, żeby piosenkę z niego dodać sobie do playlisty i przez parę dni słuchać na okrągło. A jeszcze przedtem parę razy puszczać i oglądać sam opening, bo wizualnie też był fajny i, co zawsze bardzo lubię, zawierał aluzje do różnych dopiero po jakimś czasie wyjaśnionych spraw.

Najlepszy ending: Hoshi wo Todoreba (Little Witch Academia)

Chociaż właściwie nie tyle najlepszy, ile jedyny, którego czasem nie przewijałam i jako tako zapadł mi w pamięć. W sumie niezbyt zaskakujące, zazwyczaj wolę openingi.

Najładniejsza grafika: Koza co Chrząka (cudna nazwa by Darya <3)
Tak jak wyżej wspominałam, największa i jedna z nielicznych zalet tej serii. Oprócz tego niesamowicie podpasowała mi grafika w ACCA, ale tutaj z pochwałami byłabym jednak trochę ostrożniejsza, bo jednak parę razy wyłapałam coś nie teges wizualnie.

Najbrzydsza grafika: ēIDLIVE
Nawet zanim jeszcze miałam wątpliwą przyjemność poznać lepiej jakiekolwiek postacie o mało co nie wyłączyłam pierwszego odcinka ze względów wizualnych. Nie żebym jakoś wiele straciła, gdybym to zrobiła.

Pozytywne zaskoczenie: ACCA
W sumie przyjemną niespodziankę, każda na swój sposób, zrobiły mi wszystkie serie z top 3, ale o ile dwie pozostałe zrobiły to na samym początku, o tyle ACCA dopiero bliżej końca, więc efekt był bardziej, cóż, zaskakujący. Do tego w samej serii też znalazło się sporo niespodzianek, od plot twistów po to, jak bardzo polubiłam całą obsadę. Level wciąż zaskakujących Jurków to może nie był, ale nadal ten animiec dał mi sporo nieprzewidzianych i fajnych rzeczy.

Największe rozczarowanie: Chain Chronicle/ēIDLIVE
W pierwszym przypadku niby się spodziewałam, że to nie będzie jakieś wysoce oryginalne arcydzieło, ale jednak miałam nadzieję na coś lepszego; w drugim, cóż, żeby się nie zawieść musiałabym mieć oczekiwania na poziomie podłogi.


Ulubiona bohaterka: Atsuko "Akko" Kagari (Little Witch Academia)/Mauve (ACCA)
Zabierając się za LWA z góry uznałam, że Akko będzie cholernie irytującą bohaterką i będę jej nie znosić. Wytrzymałam z tym nieznoszeniem jakieś pięć minut, po czym zaakceptowałam fakt, że właśnie zyskałam jedną z ulubionych postaci sezonu. W internetach widziałam zachwyty głównie nad Dianą i Sucy, owszem, też fajne dziewczyny i też w pierwszej chwili wolałam je od głównej bohaterki, ale koniec końców to Akko polubiłam najbardziej. Jakimś cudem mimo bycia taką trochę żeńską wersją typowego shounenowego gieroja nie jest wkurzająca, tylko urocza, i aż się chce jej kibicować.
Z kolei Mauve to niemal idealne przeciwieństwo Akko, dorosła, rozsądna i sprawująca odpowiedzialne stanowisko kobieta, za którą w dodatku przez prawie całe anime nie wiedzieć czemu nie przepadałam... a potem przyszedł ostatni odcinek i zachwyciłam się, jaka ona jest wspaniała (to tak też w kontekście powyższego o pozytywnych zaskoczeniach w tej serii). Valarowie, dajcie mi więcej takich bohaterek <3
Z innych żeńskich postaci wyróżniały się głównie te z Ao no Exorcist - Shura, Shiemi, Izumo, bardzo polubiłam je wszystkie. I jeszcze raz duży plus dla serii za to, że wśród ulubionych postaci mam w niej tyle samo osób obu płci. Grzechem byłoby też nie wspomnieć o Tanyi z Youjo Senki, chociaż w jej przypadku płeć jest nieco dyskusyjna.



Ulubiony bohater: Lilium (ACCA)
Pewnie dałoby się jakoś uzasadnić ten wybór bez rzucania spoilerami do serii, ale ja się nie czuję na siłach, więc powiedzmy, że po prostu uwielbiam go, bo tak. I bo jest cholernie uroczy, o. Tak samo trudno byłoby mi wyjaśnić, czemu niewiele mniej polubiłam Grossulara z tej samej serii, chociaż w jego przypadku dochodzi też głos Junichiego Suwabe, dzięki któremu jeszcze przed zaczęciem anime spodziewałam się, że faceta polubię i miałam rację. Dalej jeszcze z ACCA wymienić muszę Jeana, który jest kochanym pluszowym słoneczkiem i chciałabym go potulać (chociaż z drugiej strony, biorąc pod uwagę ilość wypalanych przez niego papierosów... może lepiej nie xD), oraz początkowo tajemniczego i zachowującego przynajmniej część tajemnic prawie do końca Niino, chociaż akurat w jego przypadku większość zrobiły fanfiki, bo w samym anime aż tak mnie nie zachwycił. Podobnie jak najważniejsze kobitki, tak i głównych bohaterów płci męskiej fajnych miał też Błękitny Egzorcysta, ale o ile w pierwszym sezonie dziewczyn było jakoś mniej i dopiero teraz naprawdę dały się docenić, o tyle Rina i Ryuujiego bardzo lubiłam już wtedy, więc to nic nowego. Do kompletu muszę jeszcze dodać tytułowego Oniheia, który jest świetnym przykładem takiej cool, a przy tym nie przesadzonej postaci.

Najgorsza postać: Aram (Chain Chronicle)
Nawet ze wszystkimi wadami, o których wyżej wspomniałam, ta seria byłaby sto razy lepsza, gdyby nie ten żywy, chodzący stereotyp najbardziej wkurzającego bohatera shounena. Co gorsza, chyba jakoś w połowie serii fajniuchny Yuri zszedł na jego rzecz na dalszy plan i musiałam knypka znosić niemal cały czas. Gdybym grała w grę, która jest pierwowzorem animca, z radością bym go ciągle utrupiała, a tak to tylko mogłam sobie wizualizować, jakby było fajnie, żeby zginął.

OTP:
Niekanoniczne i przy okazji sleszowo - zdecydowanie Lilium/Grossular. Gdyż albowiem pewna scena z końcówki dziewiątego epka. Natomiast jeśli chodzi o pary nieco bardziej kanoniczne, znowuż z ACCA (mówiłam, że będzie tendencyjnie) Mauve/Grossular. Przy okazji kolejny plusik dla Mauve jako takiej, normalnie niezbyt by mi się podobało wyciąganie shipu znikąd w samej końcówce, tym bardziej jeśli zawadza w swobodnym sleszowaniu, ale po prostu za bardzo się zachwyciłam panią dyrektor, żeby kręcić nosem na cokolwiek, co by ją zawierało.


A następnym razem trochę... no, dużo zbiorów marcowych. I chciałabym postarać się pisać chociaż trzy notki miesięcznie, nawet ostatnio mam jakąś wenę na pisanie, chociaż znając mnie to pewnie tylko dlatego, że narobiłam sobie zaległości z nowymi animcami i nie chce mi się nadrabiać. Ale nadzieję można mieć zawsze, nieprawdaż.

czwartek, 16 marca 2017

Kurturarnie #3

Tę notkę zaczęłam pisać bardzo dawno temu i tylko nie mogłam się zebrać, żeby skończyć, więc to raczej nie "co ostatnio obejrzałam", a "co obejrzałam parę tygodni (albo nawet trzy miesiące) temu". W każdym razie jestem z siebie dumna, nowy post zaledwie tydzień po poprzednim, to takie do mnie niepodobne :'D

Elfen Lied

Z rok temu przeszłam fazę nałogowego przesiadywania na TV Tropes i zapamiętałam z tamtych czasów, że coś podejrzanie często przewijała mi się ta seria, więc uznałam, że może by warto znać. Nie było warto. Serio, jeśli przypadkiem macie toto w planach, dajcie sobie spokój i przeznaczcie czas na coś bardziej wartościowego, nie wiem, Zmierzch sobie obejrzyjcie. Meyer przynajmniej niektórzy bohaterowie przypadkiem wyszli dobrze. W Elfen Lied nie ma ani jednej sensownej postaci. Zaraz, co ja gadam: postaci, tam nie ma ani. Jednej. Cholernej. Sensownej. Rzeczy. No, opening niezły, mnie akurat nie trafił w estetykę, ale to może dlatego, że pokazują w nim główną bohaterkę, co automatycznie podnosi ciśnienie i budzi żądzę mordu. Fabuła to jakieś dzikie i niemożebnie durne pomieszanie haremówki z gore, które próbuje udawać głębię, ale już Coelho to wychodzi lepiej. Chciałam napisać, że bohaterowie mają jeden wspólny kurzy móżdżek, ale to chyba jednak byłaby zbyt pochlebna ocena ich poziomu intelektualnego. Pierwsza seria, której z czystym sumieniem wystawiłam pałę na MAL-u i szczerze żałowałam, że nie ma ujemnej skali ocen.
(Obrazka tutaj nie daję, bo nie mam ochotę paczać na ten koszmarek mający być główną bohaterką).



Bleach

Tytuł z grona tych, za które miałam się za skarby nie brać, a jednak. Początkowo nie porwało mnie jakoś szczególnie, dopiero z czasem akcja się zaczęła rozwijać i powolutku wciągnęła. Jakaś też chyba była w tym zasługa mojej niezwykłej bystrości, tym razem przejawiającej się tym, że ściągnęłam na zaś kilkadziesiąt odcinków i dopiero po fakcie uświadomiłam sobie, że to wszystko angielski dub. I, jaką by to nie było herezją, ta wersja podoba mi się znacznie bardziej od oryginalnej, choćby Orihime taka jakby mniej smarkato-piskliwa, Ichigo sympatyczniejszy, zresztą animcoludki gadające hamerykańskim akcentem zawsze mi robią dzień.
Mam za sobą niewiele odcinków, więc wiele się jeszcze może zdarzyć i popsuć (i zapewne popsuje, chociaż mam nadzieję, że animiec się urwie zanim dojdzie do bardziej, er, fascynujących rzeczy), ale na chwilę obecną wrażenia jak najbardziej pozytywne. Postacie da się lubić, zwłaszcza plus za fajne kobitki. Rukia od początku była moją faworytką, ale z czasem też polubiłam Orihime, miło, że nie jest tylko takim firaniastym ozdobnikiem. Z facetów podpasował mi głównie Uryuu, Uruhara i, o dziwo, Ichigo, rzadko się zdarza, żebym tak polubiła shounenowego gieroja. Słowem - HxH to to nie jest, ale nie żałuję, że zaczęłam.



Soul Link

Z jednej strony zdarzają się świetne tytuły, których jakoś nie jest się w stanie polubić; z drugiej bywają i takie, których wady można by wypisywać w nieskończoność, a i tak się podobają. W moim przypadku do tej drugiej kategorii należy właśnie ten animiec. Jakbym tak się chwilę zastanowiła, mogłabym wypisać tu całą długaśną listę, co w nim było nie teges, ze szczególnym uwzględnieniem złego, złego CGI, niewinnych jako te lelije terrorystów, fanserwisu, WTF-nego happy endu i pewnego jeszcze bardziej idiotycznego wątku, który całe szczęście nie był tak do końca dosłownie wytłumaczony i mogłam sobie headcanonować, że to tak naprawdę wcale nie było tak, jak twórcy mi usiłowali wmawiać. A mimo to jakoś się przywiązałam do większości postaci, kibicowałam im i na końcu albo cieszyłam się, że przeżyły, albo smutałam, że nie. No, przynajmniej dla określonej wartości "końca", bo ostatni bodajże z kwadrans ostatniego odcinka postawił sobie za cel zepsucie wszystkiego tego, co chwilę wcześniej mnie ruszyło emocjonalnie. Ale znowu sobie trochę zmodyfikowałam kanon i było git.
Myślę, że jednym z powodów, dla których ten animiec mi się spodobał, był brak jakichkolwiek zawirowań uczuciowych, praktycznie od początku wiadomo było, że jeden facet jest czy będzie z tą kobitką, a drugi z tamtą, podobnie z dwoma pairingami pobocznymi, żadnych straszliwych dram, wielokącików i tak dalej. Oczywiście musiało być trochę scen romantycznych, ale nie odwracały uwagi od tego, że bohaterowie są w kosmosie i muszą walczyć o przetrwanie. I bardzo słusznie, tak być powinno.



Free!

Po sami-wiemy-jakiej serii z sezonu jesiennego zachęciłam się do sportówek i postanowiłam jako z jedną z pierwszych zapoznać się z anime o pływających chłopcach. Rzecz jasna nie oczekiwałam nie wiedzieć jakich cudów, zawszeć to seria szkolna, ale i tak się rozczarowałam. Niestety, zabrakło jedynego właściwego szczęśliwego zakończenia, jakim byłaby powolna a bolesna śmierć tego bezgranicznie wkurzającego bezmózgowia imieniem Nagisa. Haruka też niewiele lepszy, jego nieogarnięcie po dwóch odcinkach przestało śmieszyć, a zaczęło skłaniać do częstych a intensywnych spotkań czoła z biurkiem. Czemu to on ma więcej czasu ekranowego, a nie taki Rin, który jest normalniejszy, wygląda fajniej (nawet mimo tego, że po uzębieniu sądząc jest jakąś mieszanką ryboludzia z One Piece) i mówi głosem Miyano Mamoru... O dwóch pozostałych członkach klubu mogę powiedzieć tyle tylko, że byli. Za to obie babeczki, nauczycielka i Kou, wypadły nader sympatycznie. Chociaż za licho nie zrozumiem, jak można się zapisać do klubu pływackiego, choćby nawet tylko w ramach pomocy koleżeńskiej, i ani razu nie zechcieć wejść do basenu.
Pod względem fabularnym, cóż, shounenowato. I to nie w dobry sposób. Gdybym nawet znalazła sobie jakiegoś ludka do trzymania zań kciuków i tak nie mogłabym z czystym sumieniem życzyć jego teamowi zwycięstwa, bo od początku jasne było, że jedynym możliwym wygranym w tym animcu będzie nachalna nakama power. Drugą połowę oglądałam już w przyśpieszonym tempie (z małymi wyjątkami w scenach w Rinem), inaczej znudziłabym się na śmierć. Humor niby czasami faktycznie bawił... czasami. O fanserwisie się nie wypowiem, bo raz, że niezbyt pasuje mi tutejsza kreska i większość chłopaków jest dla mnie zwyczajnie paskudna, dwa, roznegliżowani panowie, zwłaszcza zupełnie mi obojętni, to w moim przypadku równie trafiony fanserwis, co schnąca farba.
Ogólnie rzecz biorąc anime z gatunku "obejrzeć i zaraz zapomnieć". Jedyne, co z czystym sumieniem mogę pochwalić, to opening, ending i scenka, która dostarczyła mi sto razy więcej fangirlowej radości niż cała reszta tych dwunastu odcinków...


...niestety w sposób całkowicie przez twórców niezamierzony. Więc w sumie też nie bardzo mam co tu chwalić, ale rozumiecie, ostra faza, wszystko się człowiekowi kojarzy. A w ogóle to u Jurków nawet katsudony - czy to w miseczce, czy na łyżwach - apetyczniej wyglądają, o.



Plastic Memories

Właściwy tytuł powinien brzmieć "jak zepsuć dobrze zapowiadające się science fiction". Początek wygląda obiecująco - chłopak zatrudnia się w firmie utylizującej androidy zwane Giftiami, które przekroczyły okres przydatności, niedługo stracą wspomnienia i mogą stać się niebezpieczne. Jak można się jednak domyślić, właściciele niekoniecznie chętnie rozstają się z robotami, które często są dla nich członkami rodziny. To można było tak świetnie rozwinąć. Można było pójść w epizodyczną dramę w stylu jeden odcinek - jeden android do odebrania, pokazać różne przypadki i porozważać sens tworzenia czujących, myślących maszyn z ustalonym z góry terminem funkcjonowania. Można było dorzucić antagonistów w postaci nielegalnych zbieraczy Giftii, wyjaśnić, jaki mają cel, pokazać walkę z nimi. Można było wprowadzić wątek sporów z siłami porządkowymi czy rywalizacji z innymi oddziałami firmy, których pracownicy niekoniecznie przejmują się uczuciami właścicieli odbieranych androidów. Nawet ostatecznie można było pociągnąć powiązania rodzinne głównego bohatera, żeby trochę zagmatwać i utrudnić postaciom życie.
Ale pooo cooo się starać, skoro można zrobić kolejne "wzruszające" rHomansidło z parą idealnie generycznych bohaterów, a ludzie i tak to kupią.
Nie mam zielonego pojęcia, po jaką cholerę w ogóle te wspomniane wyżej wątki zostały wprowadzone, serio. Nielegalni zbieracze? Raz się pokazali, nikt nie raczył wyjaśnić, co za jedni i po kiego im zepsute androidy. Policja czy co to tam było? Raz się pokazała, żeby szefowa gieroja mogła strzelić focha na ludzi wykonujących swoją pracę, finito. Pracownicy innych oddziałów firmy? Pojawia się cała jedna osoba, wszyscy stwierdzają, że, ojej, jak oni tam mogą być tacy nieczuli w stosunku do właścicieli Giftii, nikt nic z tym nie robi, koniec tematu. Rodzina gieroja? Nie wiem, czemu właściwie musiał dostać robotę akurat dzięki koneksjom, skoro nie jest to nigdy później wspominane. Samo odbieranie androidów? Troszkę na początku, ale kiedy Generyczny Męski Protag zaczyna randkować z durną a bezbarwną androidzią lolitką można by pomyśleć, że nagle oni tam w ogóle żadnych obowiązków nie mają, tak bardzo temat znika.
Żeby chociaż postacie były w miarę ciekawe, ale dzie tam. Może niektórzy z drugiego planu mieli trochę potencjału, niestety kompletnie nierozwiniętego. A i tak wszyscy - no, może oprócz szefowej, nienawidzę babsztyla - wypadali sto razy lepiej od głównej parki. Cóż, jaka seria, tacy bohaterowie, tutaj wszystko na poziomie dennym.