sobota, 23 grudnia 2017

12 dni anime 2017 - 8. K jak kolorowe klany po raz kolejny

Dawno, dawno temu, czyli jakoś w marcu zeszłego roku, obejrzałam anime pod jakże wymownym tytułem K. Był to fakt godny odnotowania z paru przyczyn - po pierwsze był to jeden z pierwszych tytułów, które "machnęłam" szybko, w mniej niż tydzień, zamiast przewlekać oglądanie bór wie ile; po drugie, to był ten moment, w którym uświadomiłam sobie, że przemysł animcowy nie składa się z samych dobrych i przypadających mi do gustu rzeczy; po trzecie, chociaż główne trio bohaterów w najlepszym przypadku miałam gdzieś, w najgorszym ostro hejciłam, a akcja co i rusz wywoływała fejspalmowanie i/lub irytację, jakoś tak zapadła mi ta seria w pamięć. Ale początkowo nie miałam ochoty tykać sequeli czy dodatków, za dobrze jeszcze pamiętałam, ile się razy wkurzałam przy oglądaniu. Dopiero mniej więcej z rok temu coś mnie naszło na jedną z mang z tego uniwersum, Memory of Red, i ku mojemu zaskoczeniu naprawdę mi się ona spodobała, co prawda miała na początku trochę średniawych fillerów i ostro zgrzytałam zębami, kiedy przewijało się któreś z głównej animcowej trójcy, ale tak poza tym czytało się bardzo przyjemnie, moi ulubieńcy dostali przyzwoitą ilość miejsca i nawet polubiłam trochę postaci, które wcześniej były mi obojętne. Jednak w sumie było do przewidzenia, że historia skupiająca się na grupie, którą i tak lubiłam, przypadnie mi do gustu. Bardziej martwiłam się animcowymi sequelami, w których nie ma już tak dobrze. W końcu pod koniec października sięgnęłam po Missing Kings, film stanowiący bezpośredni ciąg dalszy pierwszego anime i z dwoma trzecimi wkurzającego tria w samym centrum wydarzeń. I, cholibka, ten film też mi się bardzo spodobał.


Co prawda były rzeczy, na które w pierwszym K nie zwracałam uwagi, a teraz znienacka na mnie wyskoczyły, jak fakt, że Kuro, bodajże dziewiętnastolatek, ma jakieś takie nienaturalnie wielkie ślipia i mógłby bez większego problemu udawać wczesnonastoletnią dziewczynkę, albo jaki paskudny jest tutaj męski fanserwis (nie żeby takiego dla żeńskiej części widowni nie było, ale sorry, nikt mi nie wmówi, że dwóch bardzo intensywnie paczających na siebie panów to ten sam poziom, co nachalne pokazywanie majtek licealistki, nie wspominając już o porucznik Awashimie jako takiej). Więcej jednak było rzeczy, które bardzo mi się podobały, jak ładne widoczki na miasto czy słynne użycie filtrów, ale też spotkanie znowu znanych postaci. O dziwo nawet Kuro i Neko, czyli wyżej wspomniane dwie trzecie irytującego tria z prequela, jacyś tacy sympatyczni się zrobili i miło było ich zobaczyć; ba, nawet ten trzeci, którego najbardziej nie znosiłam, Shiro, swoim przewinięciem się przez ekran ucieszył. Pewnie to z jednej strony kwestia sentymentu do uniwersum, a z drugiej przez ten czas widziałam w animcach tylu gorszych i bardziej irytujących bohaterów, że ci już się nie wydają tacy znowu okropni.
Noale przecież nie dla tej trójki w ogóle siadałam do tego seansu, tylko dla Homry i Scepter4, czyli klanów Czerwonego i Niebieskiego. I z radością odkryłam, że pod względem odbiór mi się nie zmienił, a jeśli nawet, to tylko w ten sposób, że jeszcze bardziej się cieszyłam na widok ulubionych ludków. Bałam się, że dwóch z nich już nie będzie (bo, wiecie, nie żyją, a jeden to nawet tak bardzo nie żyje, że jego śmierć była motorem napędowym całego pierwszego sezonu), ale nie doceniłam twórców, jednak dali radę im wkleić ładną scenę. Wszyscy pozostali oczywiście też byli i przypomnieli mi, dlaczego ich właściwie tak lubię, ze szczególnym uwzględnieniem Fushimiego i Yaty (ja wiem, że ci dwaj na sto procent byli wymyśleni jako żer dla yaoistek, ale dla mnie ich relacje są po prostu o wiele za ciekawe, żeby iść po linii najmniejszego oporu i po prostu ich shipować). No i na końcu taka ładna scena z oboma klanami w całej okazałości z okazji pojawienia się nowego Czerwonego Króla, a przecież mnie się nawet początkowo, kiedy sobie to zaspoilerowałam, wcale nie podobało, kto tym nowym Królem będzie...
Koniec końców na tyle dobrze się przy tym filmie bawiłam, że postanowiłam jeszcze przed drugim sezonem odświeżyć sobie pierwszy i sprawdzić, jak mi teraz podejdą te wszystkie sceny, na samą myśl o których kiedyś podnosiło mi się ciśnienie. Coś czuję, że znacznie lepiej, ale jednak nie żałuję, że pierwszy raz widziałam to w czasach, kiedy do tylu rzeczy byłam jeszcze nieprzyzwyczajona, kto wie, czy dzisiaj tak bardzo bym się przywiązała do niektórych bohaterów, a szkoda by było.


~*~*~

To w sumie było do przewidzenia, że w końcu złapię obsuwę, ale i tak zdarzyło się to później i na mniejszą skalę, niżbym oczekiwała, tak że no ;p